Kopenhaga czyli chwile hygge, dostojność architektury i hasz z zieleniaka.

„Chwile hygge to przebłyski codzienności, które nas uszczęśliwiają. Najwspanialsze z nich lśnią i migoczą jak gwiazdy na niebie. Kiedy umiesz je nazwać, uświadamiasz sobie, że są na wyciągnięcie ręki. Tylko czekają, aż je zauważysz.”

Marie Tourell Søderberg

Zabieram Was do kraju, pełnego kontrastów, gdzie pomimo chłodu na zewnątrz, wewnątrz każdego mieszkania, przechodnia czy pubu tlą się iskierki duńskiego hygge. Czym jest hygge?? Jest to duńska sztuka szczęścia, którą tamtejsi ludzie praktykują z pełną konsekwencją. Hygge to szczęście, ciepło, miłość, śmiech, picie herbaty z przyjaciółmi, wspólny piknik, granie w karty, gotowanie, oglądanie zdjęć, czucie bliskich obok siebie. Dla Duńczyków jest to swojego rodzaju, medytacja, ucieczka bądź relax. Każde mieszkanie, które odwiedziłam jest hygge na swój unikalny sposób- przytulne, funkcjonalne, pełniące rolę bezpiecznej przystani. Tak dużo odmiennych stylów, jak dużo mieszkańców Danii.

Hygge wynika ze szczerości otaczających, Cię przedmiotów- miłośnik gotowania większą uwagę poświęci kuchni, z której zrobi warsztat na miarę kuchni Magdy Gessler, artysta czy ogrodnik, tak wypełni swoją przestrzeń, że po pierwszym kroku przekraczającym próg mieszkania przywita Cię obraz ulubionego artysty bądź ściana zapełniona kwiatami, i obowiązkowo ciepłe kapciuchy, które tylko czekają, aż wsuniesz w nie stopy. Hygge to nie luksusy i szpitalnie czyste blaty. Jako gość czujesz się swobodnie, czujesz się mile widziany, bez presji zostawienia odcisków palców na świeżo wypolerowanym szklanym stoliku. Jeśli widzisz popękane deski, zabrudzone płytki lub plamę na dywanie, wiedz, że w tym domu toczy się życie, a więc odpręż się i zacznij hyggować.

Przechadzając się , a raczej biegając po Kopenhadze – bo miałam tylko kilka dni na wyciśnięcie jak najwięcej z tego miejsca- pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, to ludzie. Każda -KAŻDA- osoba spacerująca z uśmiechem na twarzy, usatysfakcjonowana, z bijącym z wewnątrz spokojem. Wiecie, że Duńczycy należą do kraju o najwyższym poziomie szczęścia?? Tak! I nie dlatego, że nie muszą chodzić do pracy i nie mają problemów, ale właśnie dzięki hyggowaniu.

Architektura Kopenhagi urzekła mnie niesamowitym zjawiskiem, a mianowicie -szacunkiem nowoczesnego budownictwa dla starego. Chodzi mi o formę nowo zrealizowanych projektów. W większości miejsc biurowce pokryte są ogromną taflą szkła. Prezentują się dostojnie, ponadczasowo, i nie odbierają czaru starym kamienicom. Przeszklenia mają na pewno jeszcze jedną zaletę, otóż korzystamy z jak największych pokładów światła naturalnego. Kopenhaga wbrew pozorom to bardzo malownicze miasto, biorąc pod uwagę urokliwy 300-metrowy kanał Nyhavn, wzdłuż którego unoszą się kolorowe kamienice, zagospodarowane pod nastrojowe restaurację, kawiarnię i puby. Nyhavn jest swego rodzaju „patelnią” na dworcu centralnym w Warszawie, lub Big Benem w Londynie- czyli wszyscy się tam umawiają, i każdy wie gdzie iść bez patrzenia w mapę.

Kolejną „miejscówką” są ogrody Tivoli, jeden z największych parków rozrywki na świecie. Miałam okazję bawić się tam jakieś 15 lat temu. UWIERZCIE! Dla 12-letniej dziewczynki to spełnienie marzeń!!! Park powstał w myśl dewizy „GDY LUDZIE BAWIĄ SIĘ DOBRZE, NIE MYŚLĄ O POLITYCE”. Może to kolejny powód radości Duńczyków. Jeśli chodzi o styl, powiedziałabym że Tivoli ma coś z renesansu, stylu orientalnego, a nawet odważyłabym się na stwierdzenie, że ma coś z Hollywoodu. Jednego możemy być pewni, ogrody Tivoli zostaną jednym z najciekawszych i najbardziej nieszablonowych budynków świata.

Jeśli chodzi o nietuzinkową architekturę, nie możemy zapomnieć o Dworcu Centralnym, który już po pierwszym rzucie oka budzi podziw i szacunek dla historii. Ponad 100-letnie łuki zapraszają do środka, aby chociaż na chwilę poczuć ducha prawdziwej sztuki. Apropo komunikacji miasta największą popularnością cieszą się rowery, na ulicach jest ich tysiące. Kopenhaga jest matką rowerzystów, a MATKA O SWOJE DZIECI DBA! Tak więc jest wiele udogodnień dla tego typu komunikacji np. specjalne kolorowe pokoje w stacji metra, gdzie można zostawić rower i bez stresu o naszą dobroć przesiąść się w dalszą podróż. Przez całe miasto biegnie ścieżka rowerowa, którą bez problemu dojedziemy z przedmieścia do centrum. Zawsze zastanawiałam się po co w rowerze dzwonek skoro i tak nikt go nie używa, ale jeżdżąc rowerem po Kopenhadze jedyne co słyszałam to brzęczenie, dzwonienie i szybkie „tak” (tłum. dziękuję) mijających mnie cyklistów.

 

Kopenhaga na każdym rogu zaskakuje nas pięknymi monumentalnymi budowlami: piękne zamki, kościoły zapierające dech w piersiach, kamienice pamiętające stare dzieje, wieże widokowe sprawiające szybsze bicie serca, niska, czysta, lekka, wolna i przeszklona zabudowa domków na peryferiach to wszystko składa się na niepowtarzalność i unikatowość tego miasta, do którego będę chętnie wracać.

Jeśli, któreś z Was dotarło do tego momentu w czytaniu, to gratuluję Tobie i sobie 😀 Mam nadzieję, że chcesz więcej!!

Kolejnym- dla niektórych najciekawszym- przystankiem jest WOLNE MIASTO CHRISTIANIA. Christiania to swego rodzaju osiedle, któremu władze nadały status niezależnej społeczności.

ZABRONIONE JEST: robienie zdjęć miejscowym, kradzież, bieganie (mogą Cię wziąć za złodzieja), poruszanie się samochodem i używanie kamizelek kuloodpornych.

NAKAZANE JEST: ogólne zadowolenie i szeroki uśmiech!

Więc co dziwi najbardziej? Ludzie skupiający się na głównej ulicy miasta, tańczący, grający na gitarze i humorystycznie przyśpiewujący?? NIE!! Mieszkańcy spacerujący z petem w buzi i browarkiem w ręku?? NIE!! Budynki przyozdobione naprawdę artystycznym graffiti? NIE!!! Atmosfera podzielona na slumsy i pewnego rodzaju fenomen? NIE!!!

OTÓŻ! MOI DRODZY! W WOLNYM MIEŚCIE CHRISTIANIA, MOŻECIE BARDZO ŁATWO NABYĆ HASZYSZ I MARIHUANĘ. WZDŁUŻ ULICY POROZKŁADANE SĄ STRAGANY- NICZYM TE NA ODPUŚCIE U BABCI. RÓŻNICA POZOSTAJE JEDNA U BABCI KUPUJEMY PIERŚCIONKI, A W WOLNYM MIEŚCIE CHRISTIANA HASZ 🙂 JEST TO NORMALNY, CODZIENNY, SIELSKI -DLA TAMTEGO KRĘGU- WIDOK. Władze podjęły wiele prób walki z tą nietypową społecznością, lecz jedyne co udało im się wyegzekwować to dyskretniejsza forma sprzedaży.

PYTANIE: CZY HANDLARZE PRZENIEŚLI SWOJE ZIELENIAKI W BARDZIEJ SUBTELNE MIEJSCA? NIE! Po prostu zarzucili na siebie wojskowe mundury kamuflującej po temacie. Niestety zdjęć zbyt wielu nie zrobiłam, ponieważ zostałam wprowadzona w błąd, że jest całkowity zakaz fotografowania. Christiana dla ARCHITECTURE CHASER jest jednym z ciekawszych doświadczeń, nie tylko pod względem architektury, ale zjawisko tam występujące jest niebywałe również pod względem kulturalnym. Udało mi się nawet wywęszyć pracownię stolarską/rzeźbiarską. Tamtejszemu maestro, nie można zarzucić braku natchnienia.

Skoro jesteśmy przy rozrywce, nie zapominajmy o duńskich bezprecedensowych pubach. Opowiem Wam o miejscu znajdującym się przy ulicy Gammel Kongevej 90, pub Vinstue 90- zwanym przez nas SLOW BEER. Wnętrze magiczne, nie byłam jeszcze w takiej lokalizacji. Uwierzcie! Już od progu wita Cię zapach dymu papierosowego i szum bezkonfliktowych męskich rozmów (chyba tylko w naszej paczce były kobiety). Gra światła, jest tak doskonale zgrana, że nie ma miejsca na przypadek. Nie ma jednego punktu głównego rozpraszającego światło w pomieszczeniu. Jest multum, punkcików wychodzących to z małych lampek wieszanych nisko nad blatami, to z lamp wieszanych na ścianie, to spod parapetu, to między listwami, to z podświetlanych regałów i biblioteczek. Ciemne kolory, stare książki i obrazy tworzą tajemniczą i enigmatyczną aurę tego miejsca. Wystrój nie do podrobienia! A już na pewno nie krzesła, którymi jestem zachwycona do dziś, i będą mi się śniły jeszcze długo.

Zamawiamy piwo… czekamy… 10 min., 15 min., -„ILE MOŻNA CZEKAĆ NA JEDNO PIWO?!” – w końcu jest! 15 minut!!! i kelner (przemiły, uśmiechnięty, starszy Pan) stawia na stół idealnie wlany słoneczny napój. PIERWSZY ŁYK I JUŻ WIESZ, ŻE WARTO BYŁO BRNĄĆ POD WIATR PRZEZ PÓŁ MIASTA DLA TEGO SMAKU, A POOBCIERANE PIĘTY I MNOGOŚĆ ODCISKÓW ODCHODZĄ W ZAPOMNIENIE.

Niby zwykły Carlsberg, ale sposób 15-minutowego nalewania sprawia, że czujesz GŁADKOŚĆ PIWA, znika gorycz, a piana idealnie osiada na górnej wardze. Myślę, że określenie GŁADKI SMAK, najbardziej oddaje to co czują wtedy kubki smakowe. Przeciwnicy zwykłego piwa w butelce, po spróbowaniu slow beer, zachwycali się i rozkoszowali smaczkami browaru- a no wiem, bo byłam świadkiem owego zajścia. Hasło WiFi ?? SLOWBEER.

Na koniec uczty gospodarz całego zamieszania, przynosi nam PO KIELISZKU TRUNKU WŁASNEGO WYROBU, OCZYWIŚCIE NA KOSZT FIRMY, który smakuje jak amol wymieszany z anyżem. Osobiście nie jestem fanką tego typu połączeń, ale moi towarzysze bardzo zachwalali tamtejszy alkohol. Tak czy owak bardzo uprzejmy, miły gest. Zostawiamy napiwek, i wychodzimy żegnani słowami barmana oraz biesiadników: DASWIDANIA!

Nie był to pierwszy raz kiedy wzięli nas za Rosjan, ponieważ niedługo po tym pewien tułacz z kolią złożoną z hawajskich kwiatów, która oplatała jego szyję, śpiewał nam: NAS NIE DOGONIAT! NAS NIE DOGONIAT!

 

Na koniec, muszę wspomnieć o plaży na przedmieściu. Czystej jak łza plaży, na której kolejny raz czas zatrzymuje się w miejscu, która jest idealnym miejscem do hyggowania, a żółty, miękki piasek tylko czeka aż postawisz na nim stopę. Dobre miejsce na naładowanie swoich baterii, oczyszczenie umysłu, i nabraniu ochoty do życia.

 

Reasumując- pobyt w Dani wzbogacił moje doświadczenie jeśli chodzi o zawód projektantka wnętrz. Obcowanie z danym stylem przekłada się na efektywność projektowania w konkretnym charakterze wnętrza – tu styl skandynawski. Wyjazd ten mimo krótkiego czasu, dał mi potężnego kopa do działania, i wyzwolił wszelkie pokłady szczęścia, które -patrząc z perspektywy czasu- gdzieś zagubiłam.

Pozdrawiam, D.K. :*

16 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *